Rewitalizacja czy dewitalizacja?

Skąd wzięła się w Polsce moda na „rewitalizację”.

Rewitalizacja czy dewitalizacja?

Na co dziś wydasz 5 złotych?

Rewitalizacja to słowo klucz od polskiej przestrzeni. Rewitalizowane są domy, zabytkowe fabryki, a nawet… toalety w galerii handlowej, co zauważyli twórcy fanpejdża o znamiennym tytule „Za każde źle użyte słowo «rewitalizacja» bulisz 5 zł”. Najbardziej jaskrawymi przykładami wypaczenia sensu tego słowa – które oznacza przecież przywrócenie czegoś do życia – są jednak miejskie rynki, z których dzięki zainwestowanym milionom zniknęły jakiekolwiek oznaki życia. No dobrze, gwoli sprawiedliwości przyznajmy, że gdzieniegdzie życie pozostało, co prawda w formie wyłącznie imitowanej, jak róże, symbol Kutna, które na słynnym, „zrewitalizowanym” za 34 miliony złotych rynku-parkingu występują wyłącznie w formie topornych, betonowych przypór. Prawdziwe róże zresztą i tak zresztą nie na wiele by się zdały, bo w okolicy czuć będzie głównie zapach spalin ze 132 samochodów z naziemnego parkingu.

Gdyby rzeczywiście za każde złe użycie słowa „rewitalizacja” pobierać 5 złotych, to, jak piszą autorzy wspomnianego fanpejdża, udałoby się nam podwoić kwotę funduszy unijnych przewidzianych w nowej perspektywie budżetowej. Większość rzekomych rewitalizacji to remonty czy adaptacje, tylko że gdyby nazwać rzecz po imieniu, brzmiałoby to zbyt skromnie jak na wielkość budżetów. Do prawdziwego procesu odnowy, który obejmuje kilka płaszczyzn, także ekonomiczną i społeczną, jest remontom à la Kutno bardzo daleko.

Skąd ta moda na „rewitalizację”?

Z prawdziwą rewitalizacją w Polsce dopiero eksperymentujemy, a ramę prawną tym działaniom nadała ustawa z 2015 roku, wprowadzająca gminne programy rewitalizacji (GPR). Samorządy powinny najpierw stworzyć diagnozę stanu obszaru zdegradowanego, na którym zamierzają utworzyć Specjalną Strefę Rewitalizacji, a potem krok po kroku, korzystając ze specjalnych narzędzi, takich jak np. prawa pierwokupu nieruchomości czy możliwość relokacji lokatorów, starać się polepszyć warunki życia obecnych i przyszłych mieszkańców. Tyle teoria, bo w praktyce nawet najszerzej zakrojone programy rewitalizacyjne, takie jak łódzki czy obejmujący warszawską Pragę, są krytykowane za powierzchowność i ryzyko przyspieszenia gentryfikacji, czyli procesu wypierania mniej zamożnych lokatorów przez tych o lepszej sytuacji finansowej, a w konsekwencji do zmiany charakteru dzielnicy. Pisał o tym m.in. badacz polityk publicznych Łukasz Drozda, który w analizowanych przez siebie GPR-ach zauważył odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „kreatywny”, ale ryzyko gentryfikacji urzędnicy starali się raczej pomijać milczeniem.

Na pełną ocenę skutków „prawdziwej” rewitalizacji w Polsce musimy poczekać jeszcze kilka lat (np. praski program kończy się formalnie w przyszłym roku), jednak już teraz można sporo powiedzieć o „rewitalizacji” fałszywie rozumianej, czyli o remontach placów czy skwerów. Zrobił to choćby Jan Mencwel w książce Betonoza. Pokazał w niej, jak olbrzymia była (i wciąż jest) skala wycinki drzew i betonowania przestrzeni publicznej. Warto wspomnieć, że na takie działanie istnieje społeczne przyzwolenie. Powoływały się na nie zresztą władze Kutna, tłumacząc, że projekt budowy naziemnego parkingu w centrum miasta znany był od lat, a nikt z mieszkańców nie zgłaszał sprzeciwu. Wyjaśnienie tego faktu może być dwojakie. Po pierwsze możliwe, że nikt nie protestował, bo nikt nie wiedział. W mniejszych miastach, pozbawionych silnych, niezależnych mediów, starcie z władzą wymaga szczególnej odwagi. Po drugie jednak wielu Polakom nowa fala „rewitalizacji” za unijne środki się zwyczajnie podoba.

Z tęsknoty za namiastką ładu przestrzennego…

Od lat żyjemy wśród przeważnie zdegradowanej przestrzeni, na której tle równe granitowe płyty, podświetlana fontanna i kilka karłowatych drzew w donicach wydają się szczytem uporządkowania. Przecież typowy krajobraz niemal każdego polskiego miasta to trawniki rozjeżdżone przez samochody, popękane chodniki, wkoło reklamoza. Przede wszystkim jednak rzuca się w oczy brak spójnej koncepcji. Paweł Mrozek, twórca bloga „Sto lat planowania”, stworzył nawet cały zestaw „polskich” modeli 3D, zawierający m.in. żółte barierki, losowo poustawiane skrzynki elektryczne i tandetną kostkę betonową. Trzeba przyznać, że wygląda to dużo bardziej realistycznie niż pokazywane przy okazji nowych inwestycji wizualizacje pełne bujnych drzew i równo przystrzyżonych trawników. Próba okiełznania dzikiej przestrzeni, choćby i punktowa, wydaje się potrzebna, stąd też wielokrotnie w artykułach o „rewitalizacjach” przewija się określenie „salon miasta”, którym rzekomo stanie się plac lub rynek. Na pozostałych ulicach miasta – w „korytarzu” lub „sypialni” – niech króluje bylejakość, ale jedno miejsce będziemy mieli takie, jak trzeba, dopóki oczywiście, co zdarza się w polskich miastach zbyt często, na fontannie nie zaparkuje jakiś samochód, tworząc utrzymujące się przez wiele miesięcy rozpadlisko.

FB Sto lat planowania

Drzewa zamiast betonu

I choć na „rewitalizowane” rynki życie rzadko wraca, bo na betonowej pustyni łatwiej wyląduje spory helikopter niż rodzina z dziećmi, to fenomen ich remontów może wskazywać na coraz wyraźniejszą chęć poprawy otoczenia, w którym żyjemy. Pamiętajmy jednak, że do codziennego życia w mieście o wiele potrzebniejsza jest przemiana miejskich „korytarzy” i „sypialni”. Zamiast przeznaczać dziesiątki milionów złotych na chiński granit, lepiej posadzić szpaler drzew, naprawić chodnik (i zadbać, żeby nie stał się nielegalnym parkingiem) albo dofinansować komunikację publiczną, która pozwoli zrezygnować z ciągłych przejazdów samochodem. Do takich działań nie potrzeba specjalnych diagnoz, Gminnych Programów Rewitalizacji czy analiz ekspertów. Wystarczy półgodzinny spacer po centrum niemal każdego polskiego miasta, żeby zaplanować wydanie 34 milionów złotych na przyjazną przestrzeń, efektywniej, niż wydano te pieniądze w Kutnie. Pieniędzy na pewno wystarczy też na kilka krzewów róż, prawdziwe wyjdą taniej niż te odlane z betonu.

Autorem artykułu jest Franciszek Bojańczyk, przewodnik warszawski, współtwórca Muzeum Kamienicy.

„Uszlachetniając przestrzeń. Jak działa gentryfikacja i jak się ją mierzy”, wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017.
Fot. tytułowe: Bazar Rogatka na Pradze Południe – po “rewitalizacji”: kiedyś miejsce handlu, dziś 5 lat od zamknięcia – budowie oświetlenia oraz wybrukowaniu placu – nadal nie wrócił do pierwotnej funkcji.
Udostępnij