Kto nie chce ośrodka dla uzależnionych w Szpitalu Praskim – mieszkańcy czy deweloper?

Praga Północ  Wywiad MJN  24 listopada 2020

Od kilku dni na ulicach Pragi pojawiają się plakaty, które rzekomo mają wyrażać sprzeciw mieszkańców wobec Centrum Redukcji Szkód dla Osób Uzależnionych od Narkotyków w Szpitalu Praskim. Tylko czy te profesjonalne plakaty i specjalny profil założony na Facebooku zostały rzeczywiście zainspirowane przez mieszkańców Pragi?

Kto nie chce ośrodka dla uzależnionych w Szpitalu Praskim – mieszkańcy czy deweloper?

Na Pradze trwa dyskusja dotycząca przeznaczenia remontowanego właśnie skrzydła Szpitala Praskiego na pomoc dla osób w kryzysie bezdomności oraz uzależnionych od środków odurzających. Na Facebooku powstała grupa rzekomo zainicjowana przez mieszkańców, a na ulicach pojawiły się plakaty sprzeciwiające się powstaniu punktu. Tymczasem Porozumienie Dla Pragi pisze na swoim FB: z niepokojem obserwujemy inicjatywy opierające się na utrwalaniu lęków i uprzedzeń bazujących na stereotypach. Jeszcze w poniedziałek na facebookowym profilu inicjatywy, która sprzeciwia się inwestycji w skrzydle B Szpitala, widoczna była informacja o domenie ratujmyprage.pl (…) Dane rejestracyjne domen są jawne, więc łatwo sprawdzić, że jej abonentem jest agencja PR, która wśród swoich klientów wymienia m.in. aktywnego nie tylko na Pradze inwestora i powiązane z nim podmioty, np. Centrum Praskie Koneser. Na dodatek w przestrzeni naszej dzielnicy pojawiły się też profesjonalnie wyglądające plakaty. (…) Agencja poinformowała również, że nie odpowiada za treści publikowane na tej domenie i nie chce ich komentować. Jednocześnie zapewniła, że łączenie powyższej sprawy z Centrum Praskim Koneser jest bezpodstawne”.

Trwa pandemia koronawirusa, trudno zrozumieć, jak – szczególnie dziś – można sprzeciwiać się powstaniu miejsca, które mogłoby ulżyć mieszkańcom Warszawy zmagającym się z uzależnieniem oraz bezdomnym! Tym bardziej niepokoją nas sygnały, że sprzeciw ten być może inicjuje deweloper. Dlatego o sytuację wokół ośrodka zapytaliśmy członka Miasto Jest Nasze – Piotra Tubelewicza, który od lat zajmuje się redukcją szkód i profilaktyką uzależnień w ramach Fundacji Polityki Społecznej Prekursor. Od 2018 roku uczestniczył w wielu spotkaniach Komisji Dialogu Społecznego (Narkotyki i HIV) dotyczących powstania centrum.

MJN: Dlaczego Centrum Redukcji Szkód ma powstać w Szpitalu Praskim?

Piotr Tubelewicz: Szpital Praski został wybrany przez władze miasta w ramach Komisji Dialogu Społecznego z NGO i instytucjami które zajmują się przeciwdziałaniem uzależnieniom (np. Krajowym Biurem Przeciwdziałania Narkomanii). Budynek będący częścią szpitala jest odgrodzony od zamieszkanego terenu, co stanowi jego dodatkową zaletę; nikomu miejsce nie powinno przeszkadzać. To nie pierwsza próba blokowania powstania ośrodka. Wcześniej to prawicowi radni prascy razem z pseudokibicami oprotestowali powstanie świetlicy dla czynnych użytkowników na Pradze. Tymczasem istnienie takiego miejsca nie spowoduje, że na Pradze zwiększy się liczba użytkowników. I tak już przebywają na Pradze – dojeżdżają do dilerów (których na Pradze nie brakuje) albo na terapię substytucyjną.

Czym właściwie jest Centrum Redukcji Szkód?

Centrum Zintegrowanej Pomocy i Redukcji Szkód ma być kompleksową ofertą pomocową skierowaną do użytkowników substancji psychoaktywnych – używających szkodliwie oraz uzależnionych, głównie osób iniekcyjnie używających, w dużej mierze bezdomnych. W Centrum odbiorcy programu mogliby uzyskać pomoc w załatwianiu spraw administracyjnych, urzędowych, medycznych. Na miejscu byłby dostępny program wymiany igieł i strzykawek (profilaktyka chorób zakaźnych takich jak HIV czy HCV), dystrybucja środków opatrunkowych, prezerwatyw, żywności i ubrań. Możliwość konsultacji pielęgniarskiej, prawnej oraz psychologicznej.

W ramach Centrum można będzie skorzystać z pomocy doradcy zawodowego (dostać oferty pracy, może nawet, w zależności od finansowania, udać się na kursy wspierające zatrudnienie), a może nawet odpocząć. W ramach case management czy interwencji socjalnych pracownicy Centrum zajmowaliby się problemami z różnych obszarów życia klienta, odpowiadając i dostosowując pomoc oraz wsparcie do możliwości i zasobów konkretnego odbiorcy naszej oferty.

Istotnym elementem byłoby również asystowanie podczas załatwiania spraw urzędowych, wizyt w poradni lub szpitalu, szczególnie na początkowym etapie podejmowania na nowo ról społecznych. W ramach działań stacjonarnych, realizowane byłby interwencje kryzysowe i socjalne, działania informacyjno-edukacyjne oraz profilaktyka zakażeń. Prawdopodobnie prowadzona byłaby też terapia. Odbiorcy programu mogliby skorzystać z prysznica, zrobić pranie, przygotować sobie posiłek, wymienić ubrania. W razie konieczności, szczególnie w okresie zimowym być może udałoby się załatwić możliwość diagnozowania w kierunku chorób pasożytniczych (np. wszawica, świerzb) z możliwością wykorzystania specjalnych preparatów. W ramach centrum klienci programu mogliby mieć dostęp do testów na HIV, HCV i kiłę.

Dlaczego Centrum Redukcji Szkód dla Osób Uzależnionych od Narkotyków powstaje w centralnej części dzielnicy? 

Jeśli się zrobi centrum gdzieś poza głównymi arteriami komunikacyjnymi i miejscami przebywania użytkowników, to nikt nie będzie do niego przychodzić, więc cała praca pójdzie na marne, a użytkownicy pozostają na ulicy. To centrum jest przede wszystkim dla osób, które mieszkają na Pradze albo na co dzień tam dojeżdżają. Nadużuciem jest więc opowiadanie, że przyjadą tam użytkownicy iniekcyjni z całej Warszawy, zwłaszcza że Praga jest skupiskiem osób używających iniekcyjnie, co spowodowane jest konsekwentną polityką dzielnicy polegającą na spychaniu problemu.

Warto dodać, że wyrzucanie uzależnionych z jednego miejsca powoduje tylko to, że przenoszą się 100 metrów dalej. Podobny skutek odnosi zamurowywanie squotów (co ostatnio brawurowo zrobiło niedaleko skrzyżowania Kijowskiej i Targowej, gdzie jest największe skupisko osób używających iniekcyjnie). Idzie zima, świetny czas na zamurowywanie miejsca spania ludzi, zwłaszcza w czasach COVID, gdzie duża część schronisk i miejsc dla bezdomnych nie działa albo ma kategoryczne obostrzenia. Brak infrastruktury (np. punkt dziennego pobytu dla uzależnionych) powoduje, że ludzie są na ulicy, w związku z czym i  bardziej cierpią (np. są narażeni na zimno, są narażeni na pseudokibiców którzy ich biją). Brak punktu wymiany igieł i strzykawek powoduje rozszerzanie epidemii HIV, zwłaszcza że na Pradze apteki przestały sprzedawać sprzęt do iniekcji i wyśrubowały ceny.

Czemu to tak ważne, żeby Centrum powstało właśnie w szpitalu?

Wielu z naszych klientów ma problemy zdrowotne, zwłaszcza związanych z bezdomnością i używaniem, czego przykładem są niegojące się rany (wedle badań z Anglii ponad ⅙ populacji, w Polsce nikt nie liczył ale możemy obserwować zjawisko w naszej pracy), których obecność, mimo leczenia, bardzo często kończy się amputacją. Takich sytuacji byłoby zdecydowanie mniej, gdyby pomoc medyczna byłaby bliżej.

Czy łatwo jest dostrzec potrzebujących pomocy?

Praga jest skupiskiem osób używających iniekcyjnie i jest ich tu codziennie najprawdopodobniej powyżej 1000 osób. W całej Warszawie liczbę osób używających opiatów szacuje się na 4,5 tys. osób, a głównym skupiskiem są okolice Dworca Wileńskiego i Wschodniego. NGO-sy działające w tym obszarze rocznie są w stanie pomóc około 400–500 osobom. Jeśli się nie wie, gdzie szukać, to się raczej ich nie znajdzie. Ale oni istnieją i wszyscy będziemy bezpieczniejsi z tym centrum, które ma powstać, bo będzie mogło pomóc większej liczbie potrzebujących. 

Jak to wygląda w innych krajach? Czy istnieją tam centra redukcji szkód, podobne do tego na Pradze?

Takie centra jak to, które ma powstać na Pradze, istnieją właściwie w każdym kraju na naszym kontynencie poza Turcją, Białorusią, Rosją i Ukrainą. Polska jest krajem, w którym redukcję szkód implementowano z Zachodu na początku lat 90., ponieważ już wtedy wiadomo było, że większość działań, które można opisać w skrócie „abstynencja albo więzienie”, okazała się nieskuteczna, takie rozwiązania pochłaniają też środki z budżetu państwa.

Zresztą trzeba mieć bardzo niski poziom umiejętności wczucia się w drugiego człowieka by po bliższym przyjrzeniu się sprawie uważać, że zaburzenie, jakim jest uzależnienie, da się wyleczyć poprzez grożenie konsekwencjami i wsadzaniem do więzienia, zwłaszcza jeśli mówimy o takich osobach jak przyszli klienci Centrum: bezdomni, biedni, z rozbitych rodzin, słabo wykształceni, z dodatkowymi zaburzeniami jak depresja, schizofrenia itp. Na ulicy nie lądują dobre dzieci bez problemów, trzeba mieć naprawdę w życiu pod górkę. Duża część naszych klientów doznała też ogromnych krzywd w polskim systemie pomocowym, np. była molestowana seksualnie w systemie pieczy zastępczej. Pierwsi zrozumieli to Szwajcarzy po bardzo długim okresie epidemii uzależnienia od heroiny w ich kraju w latach 80., potem ich strategie przejmowały kolejne kraje w Europie. 

Szwajcaria wydaje się modelowym krajem, jeśli chodzi o progresywną politykę narkotykową.

Tak, mimo że Szwajcaria jest krajem, w którym wyborcy preferują raczej konserwatywne partie, to w Polsce piszą o niej jako o przykładzie progresywnej polityki narkotykowej. Do lat 80. polityka narkotykowa Szwajcarii była oparta na ściganiu obrotu i użytkowników przez dobrze opłacaną policję.

W latach 80. nastąpił przełom – w największych miastach Szwajcarii powstały otwarte sceny narkotykowe (zazwyczaj miejsca w okolicach dworców, podobne do naszych „bajzli”, ale zdecydowanie większe). Wkrótce po otwarciu scen narkotykowych rozpoczęła się epidemia HIV, która związana była z iniekcyjnym użytkowaniem narkotyków. Działania władz lokalnych, próbujących ograniczyć iniekcyjne używanie narkotyków, doprowadziły do wyznaczenia stref, w których użytkownicy narkotyków używali ich publicznie.

Najsłynniejszą taką strefą był park Platzspitz w Zurychu, który wkrótce zyskał miano „placu igieł”. W szczytowym okresie do parku przychodziło ponad tysiąc użytkowników iniekcyjnie używających heroiny, w tym młodzież i dorośli, zarówno aktywni zawodowo, jak i nieaktywni, z Zurychu i spoza miasta. „Park igieł” oraz inne otwarte sceny narkotykowe w szwajcarskich miastach doprowadziły do coraz większego oporu społecznego lokalnych społeczności. Wzrastała liczba przestępstw oraz malało poczucie bezpieczeństwa nieużywających narkotyków obywateli Szwajcarii. Mieszkańcy (co zresztą nie mijało się z prawdą) przekonani byli, że duża część użytkowników iniekcyjnych heroiny przebywających w parku pochodzi spoza Zurychu, co dodatkowo frustrowało mieszkańców. Władze wprowadziły więc specjalny program terapeutyczny, tzw. „repatriacyjny”, polegający na odsyłaniu ludzi pochodzących spoza miasta do zamkniętego ośrodka na rok, w którym przygotowywano ich do powrotu do własnej społeczności, rozwiązanie to okazało się jednak przeciwskuteczne.

Czy nie takiego scenariusza właśnie obawiają się mieszkańcy Pragi?

Prawdopodobnie tak, ale dalsze działania lokalnych władz samorządowych w Zurychu, podobne do tych, które zaczną działać na Pradze po uruchomieniu Centrum, pokazują, że można zacząć podchodzić do tematu od innej strony. W Zurychu utworzono niskoprogowy program metadonowy (w Polsce mamy wyłącznie programy wysokoprogrowe). Po rocznej ewaluacji programu okazało się, że ma on wysoką skuteczność – użytkownicy zaczęli być zdrowsi, używać mniej heroiny, a okolica stała się bezpieczniejsza, ponieważ użytkownicy nie musieli zdobywać jeszcze większych ilości substancji.

Szwajcarskie władze wprowadziły także wymianę igieł i strzykawek (również w więzieniach) oraz obecność pokojów bezpiecznej iniekcji (inaczej pokojów iniekcyjnych), gdzie użytkownik może dokonać iniekcji w asyście służby medycznej. Federalne Biuro Zdrowia Publicznego wprowadziło również pionierski program leczenia heroiną osób doświadczających długiego uzależnienia od opiatów (HAT). Wraz z wprowadzeniem powyższych rozwiązań następowało powolne zmniejszanie się iniekcyjnego używania heroiny – jak stwierdzili badacze, sukces tej polityki spowodowany był nie tylko zmianami w systemie leczenia, lecz również zmianą wizerunku użytkowników opiatów i „przekształceniem buntowniczej wizji uzależnienia od heroiny w bacznie obserwowane i monitorowane schorzenie”. Używanie opiatów przestało być „atrakcyjne”.

Jak w Szwajcarii uzyskano poparcie społeczne dla takich działań?

Ważnym elementem szwajcarskiego systemu politycznego są referenda, w których obywatele mogą zakwestionować legislację i politykę rządową (po uzbieraniu odpowiedniej liczby podpisów), co powoduje, że każda zmiana będąca w spektrum zainteresowania społecznego wymaga przekonania opinii publicznej. Taki system wiąże się również z koniecznością edukowania obywateli. Założenie o jak najpełniejszej informacji jest ważnym elementem Szwajcarskiego systemu. Obywatele Szwajcarii zostali przekonani do skuteczności HAT oraz innych rozwiązań. W dwóch referendach zgodzili się na szeroką implementację nowych rozwiązań. W kolejnym referendum w 2008 roku obywatele Szwajcarii poparli tzw. politykę „czterech filarów”: działań policji, prewencji narkotykowej, leczenia użytkowników oraz redukcji szkód. Być może mieszkańcy Pragi mieliby szansę konsultacji społecznych jak w Szwajcarii, gdyby nie radni karmiący mieszkańców opowieściami, że władze dzielnicy właściwie zajmują się problemem – a w rzeczywistości nie ma ona żadnych stacjonarnych programów redukcji szkód.

Punkty prowadzące redukcję szkód znajdują się na terenie takich krajów jak Niemcy, Francja, Belgia, Holandia, Hiszpania, Anglia, Dania, Norwegia, Kanada i innych, usługi są tam zdecydowanie bardziej rozwinięte. Punkty redukcji szkód znajdują się w tych krajach zazwyczaj w budynkach mieszkalnych, nikt nie ma z nimi dużych problemów, zresztą podobnie jest np. we Wrocławiu.

Wróćmy do Polski. Jak wygląda sytuacja osób uzależnionych w czasie pandemii? 

W czasie pandemii moja praca zamieniła się niemalże w opiekę paliatywną. Pandemia jeszcze potrwa, może więc warto przyspieszyć pracę nad Centrum, bo ludzie umierają. COVID-19 może dotknąć każdego, ale najmocniej i najdotkliwiej osoby marginalizowane i wykluczone społecznie. Użytkownicy substancji psychoaktywnych są uznani za grupę ryzyka w związku z epidemią. Doświadczają skrajnej, systemowej dyskryminacji, często żyją w kryzysie bezdomności, bez dostępu do zatrudnienia, źródła utrzymania, opieki socjalnej i zdrowotnej. Wielu jest przewlekle chorych, co jeszcze zwiększa ryzyko zakażenia. Oprócz uzależnienia borykają się z zaburzeniami psychicznymi, żyją w całkowitej samotności. Bardzo często nie są w stanie funkcjonować bez wsparcia, a zawieszenie działalności placówek pomocowych oznacza prawie zupełne ograniczenie w dostępie do świadczonych dotychczas przez nie usług, co zagraża ich zdrowiu i życiu.

W obecnej sytuacji użytkownicy nie mają dostępu do miejsc, gdzie mogliby zadbać o higienę i zmienić ubranie, wykonać opatrunek, a także otrzymać żywność. Szczególnie osoby będące w kryzysie bezdomności doświadczają trudności w zdobyciu jedzenia, nie mówiąc o dostępie do środków ochronnych. Programy redukcji szkód są często pierwszymi i jedynymi punktami kontaktowymi, umożliwiającymi użytkownikom dostęp do placówek służby zdrowia. Oferują usługi zdrowotne i socjalne, jak również podstawowe wsparcie oraz pełnią funkcję łącznika między klientami a serwisami ratującymi zdrowie i życie.

Dla niektórych programy redukcji szkód są też często jedyną możliwością by się wykąpać, uprać rzeczy, zjeść ciepły posiłek. Przykładowo mamy u siebie bezdomnego użytkownika ze stomią, dla którego jesteśmy jedynym punktem, by wymienić woreczek i wykąpać się; gdyby nie świetlica, najprawdopodobniej by umarł.

Wśród uzależnionych szaleje też epidemia HIV i HCV (tak zwanej żółtaczki zakaźnej typu C).

Do której walnie przyczyniają się apteki na Pradze, które dawno już przestały sprzedawać sprzęt użytkownikom lub wyśrubowały ceny, tak żeby był dla nich niedostępny. Naczelna Izba Aptekarska ogłosiła, że aptekarze mogą wydawać zgodnie z sumieniem asortyment medyczny i wcale im nie chodzi o to, że aptekarz nie sprzeda prezerwatywy, ale właśnie o to, by nie sprzedać narkomanom strzykawek. Oczywiście zupełnie przemilcza się fakt, że mniej więcej od 1995 roku powszechna jest wiedza, że programy wymiany igieł i strzykawek są skutecznym narzędziem w walce z HIV i HCV – w porównaniu z leczeniem programy te to mały wydatek, jednak ich finansowanie jest bardzo niskie.

Według ostatnich danych sprzed ponad 10 lat w Polsce jest nieco ponad 10 tysięcy użytkowników iniekcyjnych (przy czym najprawdopodobniej jest ich więcej, bo nie liczono coraz częściej spotykanych imigrantów ze wschodu, miejscowości, w których problem występuje, ale nikt się nim nie zajmuje, jak chociażby Pabianice; ponadto w 2009 roku nie było jeszcze dużych ilości dopalaczy, które teraz są obok heroiny najczęściej wstrzykiwanymi substancjami) pasujących do profilu klientów Centrum Redukcji Szkód w Polsce. Ostatnie dane, jakie znalazłem (raport roczny EMCDDA z 2019), dotyczą 2017 roku. Wówczas wydanych zostało 60 tysięcy sztuk sprzętu. Przyjmijmy, że każdy użytkownik używa sprzętu 3 razy dziennie (to i tak mało, biorąc pod uwagę, że stymulantów używa się więcej razy), oznacza to, że łącznie mogą oni zużywać prawie 11 milionów sprzętów rocznie. Finowie policzyli, że epidemię HIV i HCV statystycznie można wystopować przy wymianie igieł i strzykawek na poziomie ponad 30%. Przyjmując, że moje wyliczenia są poprawne, oznacza to, że jesteśmy 29,5% przed osiągnięciem potrzebnego poziomu, bo 60 tysięcy to trochę więcej niż 0,5% z 11 milionów. Obojętnie, jak byśmy liczyli – mamy problem, zwłaszcza że część dużych miast w Polsce (np. Łódź, w której problem jest gigantyczny) nie ma żadnego programu redukcji szkód.  

Pozostaje jeszcze kwestia finansowania Centrum.

Jeśli kogoś nie obchodzi los ludzi i jest pozbawiony empatii, to niech weźmie pod uwagę, że w im gorszym stanie jest osoba uzależniona, tym mniejsza szansa na jej reintegrację. Bez tego centrum będziemy reintegrować o wiele mniej osób, wobec czego więcej będzie osób na ulicy (albo na cmentarzu), co powoduje też straty w systemie podatkowym. Więcej takich osób w świetlicach, a nie na ulicy, oznacza też redukcję godzin pracy policji. Powiedzmy sobie szczerze: w ogóle nie bardzo się opłaca wyrzucać człowieka poza nawias społeczeństwa; wydajemy pieniądze na wiele lat edukacji, często też na pieczę zastępczą, na pomoc społeczną. Człowiek sam też, zanim wpadnie w uzależnienie, robi wiele rzeczy: chodzi na kursy, uczy się języków itp. Są to tysiące złotych już włożonych w człowieka, które mogłyby się zwrócić, jeśli go odpowiednio wesprzeć i pozwolić mu dożyć odpowiedniego momentu do reintegracji bez większych strat, które mogą utrudnić lub/i uniemożliwić jego przyszłe funkcjonowanie.

Porozmawiajmy zatem o korzyściach, które może przynieść centrum.

Powstanie centrum przyniosłoby następujące korzyści: redukcję godzin pracy ochrony zdrowia (bo ktoś tym ludziom opatruje rany, nieopatrywane kończą się amputacją i rentą do końca życia, za to po opatrzeniu jest większa szansa, że nie zarażą się oni HIV lub HCV). Redukcję godzin pracy urzędów oraz wymiaru sprawiedliwości, bo ktoś wspiera ich i pomaga zrozumieć, czego od nich wymiar sprawiedliwości chce. Redukcję czasu dla służb sprzątających oraz wzrost bezpieczeństwa, bo igły i strzykawki nie leżą po podwórkach, lecz są utylizowane w drop-in i nie pokłuje się nimi dziecko lub zwierzę.

Osoba zreintegrowana to przychód do budżetu w postaci podatków. Osoba niezitegrowana przeciwnie: oznacza dla budżetu same wydatki w postaci renty czy kosztów leczenia. Warto dodać, że gdy użytkownicy przebywają w miejscu, które ich wspiera, popełniają mniej przestępstw, bo nie muszą np. kraść, by mieć pieniądze na jedzenie, opatrunki, igły czy strzykawki. Najwięcej przestępstw popełnia ktoś, kto nie ma dostępu do pomocy społecznej. Jeśli osoba jest w kontakcie z nami, można z nią pracować i wspierać ją. Osoba taka ma styczność z osobami spoza środowiska i wobec tego trochę inaczej funkcjonuje (jak pokazują badania, dzięki miejscom, w których można przebywać pod wpływem, osoby używają mniej i bardziej się angażują w różne procesy pomocowe).

Skoro redukcja szkód jest taka korzystna finansowo, to czemu jest tak bardzo niedofinansowana?

Redukcja szkód tnie koszty, wiadomo to od lat 70. Dlaczego redukcja szkód jest tak mało rozpowszechniona, mimo że specjaliści wiedzą o jej skuteczności? Powody są podobne co w przypadku wdrażania redukcji szkód w alkoholu: w momencie gdy system jest nastawiony na abstynencję, mimo naukowych dowodów, środowisko ekspertów będzie starało się blokować inne sposoby redukcji szkód.

Dodatkowym powodem braku dofinansowywania jest typowe udawanie, że nic się nie dzieje, i zamiatanie problemów pod dywan. Pewnie znacie opowieści, jak to w szkole, w korporacji czy w urzędzie stało się coś złego, np. złapano ucznia pod wpływem. W następnym kroku wszyscy próbują zatuszować to, co się zadziało: narkotyków nie ma w szkole, bo gdyby były, szkoła mogłaby spaść w rankingach, rodzice nie wysłać do niej swoich dzieci, dyrektor i nauczyciele mogliby stracić pracę. Mamy na Pradze problem? Ależ nie, oni przyjadą na Pragę, dopiero gdy powstanie Centrum Redukcji Szkód, problem wcale nie znajduje się u nas, tylko w innych dzielnicach, my przecież tak walczymy z uzależnieniami, mamy w dzielnicy terapię! 

Źródła:
https://www.sciencedirect.com/…/pii/S0955395914003119
https://www.termedia.pl/Percepcja-programow-redukcji…
http://www.redukcjaszkod.pl/images/pdf/ze_szczytow_gor.pdf
https://www.emcdda.europa.eu/system/files/publications/11349/poland-cdr-2019_0.pdf 
Fot. w artykule: Wioletta Jakubiuk, Piotr Tubelewicz
Udostępnij