Dziwny przypadek Łukasza Warzechy

Opinie  21 listopada 2020

Czy media powinny promować osoby notorycznie posługujące się kłamstwami? „Ekspertów”, którzy doskonale wiedzą, że za wypowiadane kłamstwa nie poniosą żadnych konsekwencji? Nikt ich kłamstw nie sprostuje ani bezpośrednio na wizji, ani tym bardziej później.

Dziwny przypadek Łukasza Warzechy

Dlaczego nie możemy mieć dobrych mediów? 

To, że polska debata publiczna sięgnęła dna, wiemy wszyscy aż za dobrze. Wygodnie jest przy tym zwalać wszystko na rządowe media spod znaku TVP, która jest oczywistym przykładem całkowitego upadku i moralnej degrengolady na koszt podatnika i szkoda nawet tutaj się nad nią pochylać.

Wstęp do prawdziwej zmiany w mediach to jednak nie odsunięcie kilku partyjniaków zarządzających telewizją czy radiem, ale redefinicja sposobu prowadzenia debaty, a przede wszystkim trzymanie się prostej zasady – marginalizowanie w niej osób permanentnie posługujących się kłamstwami oraz obrażaniem swoich przeciwników. Dla nas symbolem takiej osoby jest red. Łukasz Warzecha, którego medialna partycypacja jest nieproporcjonalnie wielka do wartości trocin intelektualnych, które produkuje. Warzecha od lat kolęduje między TVN, Polsatem, a TVP (tu chwilowo w niełasce),  i stale gości na łamach redakcji prasowych od brukowego Super Expressu po szacowaną Rzeczpospolitą. Uwielbia go też Agorowe radio TOK FM. Jako naczelny komentator zna się na wszystkim – ze swadą opowie o kolejnym kryzysie politycznym na prawicy, pandemii koronawirusa, gospodarce, zmianach klimatycznych, sprawach międzynarodowych, aborcji, a jak trzeba to i pewnie oceni problemy sanitarne małej gastronomii w Stambule. Ten człowiek ZNA się na WSZYSTKIM. Poniżej na kilku przykładach pokażemy modus operandi red. Warzechy.  

IGNORANCJA

Droga Warzechy naznaczona jest rażącą ignorancją, czasem wręcz manifestacyjnym obnoszeniem się własną niewiedzą, której przeciwstawia własny „zdrowy rozsądek”. Pan redaktor nie splami się tak niską rzeczą jak wiara w badania, statystyki, wieloletnie analizy czy cokolwiek metodycznego lub naukowego. Koronnym przykładem oczywiście ustawiczne bzdury na temat zmian klimatycznych. Pan redaktor dumnie nazywa się negacjonistą i zbudował całą podbudowę swoich poglądów, chyba najdobitniej obnażoną w wywiadzie, jaki przeprowadził z nim red. Jakub Wiech. Najlepiej samemu go przeczytać, aby zobaczyć, że logika Warzechy łączy kolejne argumenty związkiem skutkowo-przyczynowym charakterystycznym dla 4-letniego dziecka, które dla zjedzenia czekolady powie wszystko. Konsens naukowy na poziomie 97% naukowców z całego świata jest niczym wobec metasceptycyzmu Warzechy, który wszędzie dojrzy spisek, za którym stoją wielkie pieniądze. Nie przeszkodzi mu to jednak zaufać pozostałym 3%, gdyż do naukowców niby nic nie ma poza prawie niewinnymi oskarżeniami, że są sektą. Na koniec niemal z rozkoszą, pod naporem coraz gęstszych pytań redaktora Wiecha, dojrzeje do wniosku, że w  sumie całkowicie nie da się tych zmian wykluczyć, a on jest po prostu RACJONALISTĄ. Wydawało nam się, że ktoś określający się tym mianem posługuje się w życiu rozumem, dyrektywą działania opartą o normy naukowości i logicznego dociekania, ale przecież kto by się takimi szczegółami przejmował. Jako RACJONALISTA red. Warzecha w odpowiedzi na merytoryczną odpowiedź portalu „Nauka o Klimacie, gdzie punkt po punkcie grzecznie i metodycznie obnażono jego kłamstwa, krętactwo i nieuctwo w kwestii zmian klimatycznych skwitował je komentarzem, że to „aktywiści i fanatycy”. Aktywiści i fanatycy to w rzeczywistości panel naukowców z całej Polski, którzy od lat badają problem zmian klimatycznych. Wspaniałą puentą wywiadu jest zaś powołanie się przez Warzechę na popierający go artykuł kolegi z redakcji „Do Rzeczy”, co red. Wiech skwitował komentarzem, że zawiera on szereg manipulacji sponsorowanych przez amerykański przemysł wydobywczy. Co powiedział Warzecha? A no to, że najpierw trzeba by te manipulacje WYKAZAĆ (sic!). Jak to się w szlacheckiej Polsce mówiło – Co wolno Wojewodzie (stawiać wszelkie możliwe tezy bez jakiegokolwiek pokrycia w faktach) to nie Tobie smrodzie!

IDEOLOGIA

Droga red. Warzechy to także ostentacyjne etykietowania każdego ideologicznego przeciwnika lewakiem i mentalnym komunistą, których z niewiadomych powodów emanacją są ruchy miejskie. Można by pomyśleć, że działanie w takich tematach jak urbanistyka, komunikacja miejska, ochrona zabytków, walka z dziką reprywatyzacją czy patodeweloperką nie ma barw partyjnych i może być z dobrym skutkiem podnoszona zarówno przez prawicę jak i lewicę. No ale nie dla Warzechy, który w tym temacie nie bierze jeńców i ma jeszcze mniej wątpliwości niż w przypadku zmian klimatycznych.

Chyba najbardziej znamienny artykuł na temat ruchów miejskich (oraz naszego Stowarzyszenia w szczególności) popełnił w weekendowym dodatku Rzeczypospolitej – Plus Minus (25 czerwca 2020). Ten artykuł to właściwie taki starter pack Warzechy przewijający się zasadniczo w każdej wypowiedzi na nasz temat – lewactwo, walka z samochodami i obijanie się przy sojowej latte na Placu Zbawiciela.

Redaktor ze swadą kreśli w nim wyimaginowany obrazek aktywisty miejskiego jako obiboka, który żyje z grantów i dotacji, a następnie knuje z władzami miasta, tworząc fikcję konsultacji społecznych na dany temat, oczywiście w imię jakichś wyższych ideologicznych celów. Prawda jest taka, że abyśmy w ogóle mogli działać prospołecznie oraz w interesie publicznym musimy najpierw jak każdy przeciętny Kowalski zarobić na chleb. Roczny budżet Miasto Jest Nasze z ledwością wystarcza na pokrycie stałych kosztów działania i każdy kolejny pozew o naruszenie dóbr osobistych autentycznie stawia pod znakiem zapytania dalszy byt stowarzyszenia. Między bajki można włożyć też historie o grantach czy dotacjach – nieliczne dofinansowania są w całości przekazywane wyłącznie na pokrycie kosztów konkretnej akcji, a nie na szampan Moet czy kawior. Nasze dane finansowe są zresztą jawne, Warzecha może je spokojnie obejrzeć w sądzie rejestrowym i na własne oczy przekonać się, że żywot aktywisty miejskiego może przynosić sporą osobistą satysfakcję, ale z pewnością nie natury finansowej. No ale nie wymagajmy od dziennikarza takiego heroizmu jak sprawdzanie faktów. Również sugestie o jakichś potajemnych konszachtach MJN z władzami magistratu, ustawek dotyczących konsultacji społecznych są po prostu obraźliwe. Nie starczyłoby miejsca, aby wyliczyć wszystkie przypadki bardzo głębokiej krytyki, jaka pod adresem warszawskiego urzędu płynęła z naszej strony, wygrywanych z miastem procesów oraz zarzutów jakie stawiało nam miasto.

KONFLIKT INTERESÓW

W artykule wspomnianym powyżej jest też oczywiście konik red. Warzechy, czyli samochód – obiekt absolutnego kultu i gwarant jego „wolności”. Rzekomym zaś celem MJN ma być rezygnacja w mieście z indywidualnego transportu samochodowego. Takie twierdzenie jest typowym przekłamaniem, mającym przypiąć MJN łatkę oderwanych od rzeczywistości wariatów. W rzeczywistości domagamy się po prostu urealnienia polityki komunikacji publicznej, która w obliczu postępującej rozbudowy miasta musi godzić interesy wszystkich grup – kierowców, pieszych, rowerzystów czy pasażerów komunikacji miejskiej. Nie ma w cywilizowanym świecie miasta, które miałoby jakikolwiek interes w tym, aby zachęcać ludzi do przesiadania się do własnych samochodów, zwłaszcza, że istnieją setki badań niezbicie potwierdzających, że rozbudowa ulic nigdy nie prowadzi do zmniejszenia korków tylko do ich powiększenia (polecamy choćby wywiad z prof. Suchorzewskim). Miasto nie jest z gumy, a korków nie da się rozładować inaczej, niż ograniczając ruch samochodów i nie ma w tym żadnej ideologii walki z samochodami, tylko stwierdzenie prostych faktów.

Czego Warzecha oczywiście nie mówi przy okazji krucjaty przeciwko jakimkolwiek progresywnym zmianom w obszarze ruchu samochodowego w miastach to to, że takie zmiany są po prostu dla niego osobiście niekorzystne. Jako mieszkaniec podwarszawskiego Piaseczna ma żywotny interes w tym, aby ulice w centrum pozostały szerokości autostrady, miasto budowało bezpłatne podziemne parkingi, a miejsca parkingowe dalej były śmiesznie tanie. Jest to oczywisty konflikt interesów – dla każdej, nawet średnio zorientowanej tematami stołecznymi osoby jest jasne, że Warszawa ma duży problem z osobami dojeżdżającymi do pracy z okolicznych miejscowości. Osoby te generują ogromną część ruchu samochodowego, podczas gdy podatek najczęściej zostawiają w podwarszawskich miejscowościach. Nie jest zatem dziwne, że dla tych osób, w tym red. Warzechy, jak najbardziej na rękę jest aby w temacie ograniczeń ruchu samochodowego nic się nie zmieniało.

Oczywiście Warzecha lubi tę banalnie prostą i czytelną obronę swoich partykularnych interesów ubierać w konstrukcje „inżynierii społecznej”, „zamachu na wolność”, „bolszewicką nawałę”. Nigdy dość górnolotnych i wzniosłych porównań gdy chodzi o obronę swojego prawa do zajechania bryką do redakcji w centrum.

ŻAL

Ktoś powie, że z powyższego tekstu wyziera frustracja i zazdrość wobec statusu red. Warzechy. Do pewnego stopnia będzie miał rację, bo krew człowieka zalewa gdy widzi jak niewiele w Polsce trzeba żeby przez lata uchodzić za mędrca, który co chwila wyskakuje z radia czy telewizora. I podkreślamy – my naprawdę pokornie podchodzimy do rzeczywistości, nie twierdzimy, że zawsze i we wszystkim mamy rację, a Warzecha nigdy nie powiedział słowa prawdy. Jasne, czasem popełni jakiś sensowny tekst o polityce krajowej (tu też się o nim pozytywnie wypowiedzieliśmy) i nikt go nie zamierza cenzurować. Tylko czy naprawdę nie ma żadnej granicy żenady, po której przekroczeniu decydenci medialni w końcu zauważą, że oddanie głosu danej osobie to często nie realizacja prawa do wysłuchania drugiej strony, lecz promowanie bredni i antynaukowego bełkotu? W normalnym toku zdarzeń, ktoś kto się ośmiesza w ten sposób, powinien wraz z upływem czasu systematycznie tracić na medialnym znaczeniu. Ale nie w Polsce AD 2020. Tu Warzecha może spokojnie święcić triumfy i być powszechnie zapraszany do opiniotwórczych mediów. Tu nieuctwo to płaszczyk „kontrowersji”, a krętactwo jest odmianą „niezależnego i niepokornego myślenia”. Tu nawet największa ignorancja przejdzie bokiem mimo ostentacyjnego wywijania sformułowaniami w rodzaju „tylko prawda jest ciekawa”. Może i jest, ale nie na tyle, żeby się do niej samemu stosować.

Udostępnij