Nie musisz się bać – Zbiorkom jest OK!

Transport publiczny  11 czerwca 2021

Surowe limity, nieodpowiedzialne słowa polityków i brak publicznej promocji badań pokazujących minimalne ryzyko zakażenia w zbiorkomie sprawiły, że drastycznie spadła liczba pasażerów i pasażerek w transporcie publicznym. W Warszawie i okolicach aż o 40%.

Nie musisz się bać – Zbiorkom jest OK!

W Polsce surowe ograniczenia liczby pasażerów w komunikacji publicznej obowiązywały aż przez 278 dni. Niemiecki Instytut im. Roberta Kocha prześledził 55 tysięcy zakażeń. Z tego badania wynika, że tylko do 0,2% zakażeń doszło w transporcie publicznym. W Niemczech jest nakaz noszenia maseczek, ale nie ma wytycznych co do limitu pasażerów. Prawidłowość potwierdzają badania brytyjskie (0,1% zakażeń), francuskich (1,2% – w badaniu brany był pod uwagę cały transport, czyli również lotniczy i morski) czy amerykańskich (0,1%). Wszystkie badania są opisane bardziej szczegółowo w naszym raporcie „Zbiorkom jest OK”.

Politycy partii rządzącej mieli jednak własną wizję tego, jak korzystanie z transportu publicznego wpływa na transmisję koronawirusa. Zdaniem wicepremiera Piotra Glińskiego „w pandemii głównym zagrożeniem jest transport publiczny”. Te obawy podzielał ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski, który mówił m.in., że boi się „transportu publicznego ze szkół i do szkół. Tam naprawdę jest dużo ludzi w jednym autobusie, w jednym tramwaju w dużych miastach”. Minister Infrastruktury Andrzej Adamczyk zachęcał Polki i Polaków do korzystania z własnych samochodów, a do samorządów apelował o zniesienie opłat parkingowych w strefach miejskich na czas pandemii.

Surowe limity, nieodpowiedzialne słowa polityków i brak publicznej promocji badań pokazujących minimalne ryzyko zakażenia w zbiorkomie sprawiły, że drastycznie spadła liczba pasażerów i pasażerek w transporcie publicznym. W Warszawie i okolicach aż o 40%.

Nie wszyscy, na szczęście, posłuchali polityków straszących zbiorkomem. Bartosz Tarnowski, nauczyciel i aktywista na rzecz osób z niepełnosprawnościami, który sam porusza się na wózku manualnym, nie zrezygnował z transportu publicznego w czasie pandemii.

– Na początku pandemii widziałem, jak transport publiczny się wyludnił. Tydzień po ogłoszeniu pierwszego lockdownu przejechałem z Pragi na Ursynów niemalże prywatnym wagonem. Prawie cały czas byłem sam – wspomina. – Potem dochodziły badania, na które powoływało się Miasto Jest Nasze i które pokazywały, że transmisja koronawirusa w transporcie publicznym nie jest duża. A ja ufam nauce. Zarówno w kwestii szczepień (jestem już po drugiej dawce), jak i w ocenie bezpieczeństwa transportu publicznego. Najczęściej jeździmy na krótkie dystanse, nie mamy kontaktu z jedną osobą przez dłuższy czas, bo nie stoimy obok jednej osoby przez 20 minut. Zmiana środka transportu na samochód, dla mnie jako osoby nieposiadającej prawa jazdy, to kolejne koszty np. taksówek. Nie wspominając na kosztach ekologicznych” – tłumaczy swoją decyzję o korzystaniu z transportu publicznego w pandemii.

Wiesław Klembowski, emerytowany pracownik Przemysłowego Instytutu Telekomunikacji w Warszawie, również nie zrezygnował z transportu publicznego:

– Miałem na początku jakąś szczątkową obawę, że zachoruję. Ale uznałem, że jeśli zachowam wszystkie środki bezpieczeństwa: odpowiednie noszenie maseczki i dezynfekcję, będzie to w miarę bezpieczne. Co okazało się prawdą, nie zaraziłem się koronawirusem.

Pan Wiesław Klembowski zauważył jednak zmiany w funkcjonowaniu transportu publicznego:

– Było zdecydowanie mniej kursów środków komunikacji publicznej na niektórych liniach. Było też luźniej, zawsze było wolne miejsce siedzące, co przed pandemią zdarzało się rzadziej – opowiada.

Polskie władze, decydując o tak surowych limitach w transporcie publicznym, wpłynęły również na rentowność przewoźników, którzy decydowali się na zmniejszenie częstotliwości kursowania pojazdów na niektórych liniach.

– Raz byłam zmuszona do skorzystania z dzieckiem z transportu publicznego i przekonałam się, że jest praktycznie pusto. Nie czułam zagrożenia. Uznałam, że nie ma żadnego powodu, aby rezygnować z komunikacji miejskiej. Moja córka miała wtedy dwa miesiące – mówi Karolina Lotko, mama czternastomiesięcznej dziś Zoi. Czy matka z dzieckiem w pandemii w komunikacji miejskiej nie wywoływała negatywnych komentarzy? – Miałam wtedy pewne obawy. Zastanawiałam się, na ile będzie to odebrane jako coś nieodpowiedzialnego społecznie. Ale nie spotkałam się z krytyką. Chociaż część znajomych była zdziwiona, że w pandemii pojechałam z dzieckiem do lekarza metrem – tłumaczy Karolina Lotko. Jej doświadczenie drastycznie różni się od doświadczenia pani Wiktorii, która woli nie podawać swojego nazwiska: – Nie przyznaję się publicznie do tego, że podróżuję z dziećmi komunikacją miejską. Po tym, jak w maju zeszłego roku opowiedziałam o jednej podróży rodzinie, spotkałam się z bardzo ostrą krytyką, że jestem nieodpowiedzialną matką. Przejęłam się tym. Następnym razem ponad dwa kilometry do lekarza przeszłam z dziećmi pieszo – opowiada. I podkreśla, że w samym transporcie publicznym czuje się bezpieczna. – Ale wciąż towarzyszy mi poczucie winy. Z mediów bombardowały mnie informacje, że robię coś nieodpowiedzialnego. A potem jestem w tym wagonie, widzę, jak inni pasażerowie trzymają dystans, że jest pusto. I się uspokajam.

Historia pani Wiktorii pokazuje, jak ważne jest informowanie społeczeństwa, że korzystanie z transportu publicznego nie jest zagrożeniem dla zdrowia.

– Moja córka ani razu nie była chora – mówi Karolina Lotko. – Taksówka wydawała mi się dużo gorszym pomysłem niż komunikacja miejska, bo jest się zamkniętym w mniejszej przestrzeni z kierowcą. Pandemia dużo zmieniła. Mniej osób wybiera komunikację miejską. Nie zdarzyła mi się sytuacja, żebym nie mogła się zmieścić z wózkiem dziecięcym. W tych porach, w których ja jeżdżę pasażerowie stosują się do zaleceń. Tylko raz widziałam sytuację, kiedy jedna osoba nie chciała założyć maseczki, co spotkało się ze sprzeciwem innych pasażerów – chwali Karolina Lotko.

Podobne odczucia ma Wiesław Klembowski:

– Z moich obserwacji wynika, że pasażerowie zachowywali się zgodnie z zasadami i zaleceniami bezpieczeństwa.

Co zrobić, aby pasażerki i pasażerowie wrócili do korzystania z komunikacji publicznej?

– Zbiorkom nie kojarzy się ludziom z zaletami. Kojarzy się z tłokiem, ściskiem, tolerowaniem współpasażerów, którzy nie są mili. Dlatego warto pokazywać zyski korzystania z transportu publicznego – mówi Bartosz Tarnowski. Jego zdaniem promocja badań, które potwierdzają bezpieczeństwo epidemiczne transportu publicznego, powinna być elementem działań ZTM. – Nie mam poczucia, że dużo zrobiono, abyśmy czuli się bezpiecznie w warszawskim transporcie publicznym. Nie widziałem na stacjach metra dozowników z płynami do dezynfekcji.

Podobne zdanie ma Karolina Lotko:

– Widzę jeden brak: myślę, że lepiej byłoby, gdyby płyny do dezynfekcji były szerzej dostępne. Staram się mieć własny płyn przy sobie.

W raporcie „Zbiorkom jest OK” zawarto postulaty, co warto zrobić, aby pasażerowie i pasażerki wrócili do transportu publicznego i aby był on bezpieczniejszy:

  • możliwość usuwania z pojazdów transportu publicznego osób, które nie mają prawidłowo założonych maseczek w czasie obowiązywania stanu epidemii
  • rzetelne i miarodajne badania na temat ognisk zakażeń koronawirusem w Polsce
  • kampania informacyjna przywracająca zaufanie do transportu publicznego w Polsce

– Jeśli chodzi o wirusy unoszące się w powietrzu w komunikacji miejskiej, to jest to tylko wyobrażenie. Wentylacja i odpowiedzialność pasażerów minimalizują to ryzyko. Nie jest to bardziej niebezpieczne niż wchodzenie do sklepu – podsumowuje Karolina Lotko. Mam nadzieję, że inni obywatele i obywatelki dadzą się przekonać, że „Zbiorkom jest OK”.

 

Autorka tekstu: Zuzanna Piechowicz

Zdjęcia: Tomasz Kaczor, laureat World Press Photo, również korzystał z komunikacji publicznej w pandemii

Udostępnij