Czy liczba Żabek w Warszawie to już plaga?
4 sierpnia 2025

Dostęp do ulubionych punktów usług oraz sklepów osiedlowych jest jednym z podstawowych doświadczeń mieszkańca każdego dużego miasta. Różnorodność dostarczanych towarów i ofert, uczucie bycia w „swoim miejscu” oraz możliwość zawarcia znajomości z lokalnymi sprzedawcami czy rzemieślnikami wydaje się oczywistą formą budowania i podtrzymywania lokalnej społeczności. A dziś, w dobie postępującej globalizacji, takie drobne interakcje zdają się być szczególnie cenione przez mieszkańców związanych ze swoim miejscem zamieszkania. Jednak czy jest to jeszcze możliwe?
Sklepy z szyldem „Żabki” na Mokotowie można spotkać równie często (a może i częściej), jak te urocze płazy pojawiające się po deszczu na warszawskich RODach. Marka świętowała otwarcie 1000 sklepu w 2024 roku, a na samym Mokotowie naliczyć ich można 133. W najludniejszej dzielnicy stolicy sklepy te wydają się zawsze być w naszym polu widzenia. Jest ich więcej niż aptek (których mamy 126), szkół podstawowych (24) czy kościołów (15 różnych chrześcijańskich denominacji). Statystycznie pojedynczy sklep Żabka przypada na 1695 osób, a w przestrzeni naliczyć ich można niemal 4 na każdy kilometr kwadratowy dzielnicy! A gdy odliczymy rozsiane po Mokotowie wszystkie drogi, parki, miejskie nieużytki, pustostany czy parkingi, proporcja ta będzie jeszcze większa.
Można zapytać: ,w czym problem?’. Sklepów jest dużo, są powszechne, rozpoznawalne i dodatkowo dają dostęp do usług, których inne sklepy nie zapewniają. Niestety biznes, który mocno promuje swoje pozytywy ma wiele do ukrycia przed nami.
Po pierwsze, Żabki to sklepy z asortymentem, który opiera się na wysoce przetworzonych przekąskach, napojach słodzonych czy alkoholu. Choć te same produkty oczywiście można kupić w klasycznym sklepie osiedlowym, to wybór pieczywa, mleka czy warzyw nie jest siłą napędzającą dla tej marki i podobnych do niej sklepów. Stosunek ilości produktów takich jak napoje energetyczne czy alkohol (np. w postaci tzw. małpek) jest znacznie większy niż w tradycyjnym handlu, bo Żabka w swojej koncepcji ma być sklepem nie potrzebnym, a przyjemnym. Nadmienić tu można, że na 418 sklepów z koncesją alkoholową na Mokotowie aż 125 sklepów to Żabka. Alkohol jest na tyle głównym produktem tam sprzedawanym, że pojawiły się głosy, że to właśnie przez Żabki Nocna Cisza Alkoholowa w Warszawie miałaby obowiązywać od 23:00 zamiast od 22:00.*
Po wtóre, Żabki w dużej mierze zabijają miejscowe punkty handlu i usług. Lokalny dostawca czy handlowiec konkurując z franczyzą tego rozmiaru toczy walkę mocno pod górkę. Żabka ma rozpoznawalny znak, potężny marketing, a jej sklepy można znaleźć w internetowych mapach. Tego samego ciężko wymagać od małych kiosków, piekarenek czy warzywniaków, które ze względu np. na różnicę w skali rzadziej decydują się na inwestycje w tego typu rozwiązania, naturalne dla dużych sieci i franczyz. Nierzadko Żabka wypiera także sklepy innych dużych korporacji, co świadczy o jej bardzo silnym potencjale do monopolizacji. Często dochodzi też do sytuacji niemal kanibalistycznych, gdzie dwie Żabki znajdują się tak blisko siebie, że z okien jednej można przeczytać reklamy na drugiej (jak sytuacja przy przystanku Morskie Oko).
Po trzecie, Żabki nie są typowym lokalnym sklepem o potencjale wspólnototwórczym. Co prawda mogą być miejscem, gdzie sąsiedzi się spotykają i wchodzą w interakcje, ale kilka czynników utrudnia tworzenie więzi społecznych. Jak już zostało wspomniane wcześniej, Żabki wytwarzają w okolicy monokulturę, wypierając inne miejsca, często znane mieszkańcom od lat. Ich wnętrza są standaryzowane, a same sklepy dość gęsto rozsiane, co często nie pozwala wytworzyć poczucia przywiązania. Sklepy tej sieci są dość anonimowe. W Warszawie problemem jest też duża rotacja pracowników. Brak znanej twarzy za ladą sprawia, że nie kojarzymy sklepu z konkretną osobą i też mniej chętnie rozmawiamy z obsługą. Żabka zatem staje się sklepem, do którego szybko się wchodzi i zaraz z niego wychodzi. Na szczególne wyróżnienie zasłużyły tu Żabki Nano, które nie tylko cechuje brak wspomnianych wcześniej interakcji, ale wręcz brak obecności sprzedawcy.
Przykre wydają się zatem sytuacje, jak ta przy metrze Wierzbno, gdzie sklep Żabka stoi niecałe 3 metry od wejścia do warzywniaka, który istnieje tam od przynajmniej 20 lat. Jest to kwintesencja obrazu, jaki powstaje, gdy zestawimy ze sobą “przyjemne konsumowanie” z potrzebnymi zakupami; duży biznes z lokalną przedsiębiorczością.
Jak wszyscy wiemy, sklep tuż przy mieszkaniu potrafi uratować niejeden obiad, do którego akurat “zabrakło soli”. Jest bardzo wygodnym miejscem, gdzie kupimy przekąski i napoje na wieczorne spotkanie z przyjaciółmi. Jednak warto czasem zadać sobie pytanie, co zyskuje na tym moja dzielnica, a także ja, jako część lokalnej społeczności? Czy równowaga pomiędzy Żabkami a innymi małymi punktami handlu nie przysłużyłaby się lepiej rozwojowi całej dzielnicy? Czy indywidualne, błyskawiczne zaspokojenie swojej potrzeby na dłuższą metę nie przyniesie więcej złego niż dobrego także nam? Czy jesteśmy jako dzielnica gotującą się powoli żabą? Może następnym razem, zamiast wejść do Żabki, przejdę się kilka metrów dalej i wesprę sąsiada, który prowadzi mały warzywniak, w którym znajduje się czas na rozmowę o różnych odmianach jabłek.
* więcej o #stopalkonocą przeczytasz tutaj.
Autor: Mariusz Czernow